661-262-320

E-mail

Facebook

„Marta, Marta, dej pozór...“ wołali kibice, gdy nadciął Franz Skiba ze swoim brzuszyskiem.

CZY TO PIERWSZY NA GÓRNYM ŚLĄSKU MECZ PIŁKARSKI Z UDZIAŁEM KOBIETY?

Przed II wojną światową futbol kobiecy w Niemczech próbował raczkować ale nie miał się zbyt dobrze. Początki datowane są na lata '20. We Frankfurcie powstała nawet żeńska drużyna piłkarska, jednak zaledwie po roku dała sobie spokój. Nie miała z kim rywalizować, a próby pojedynkowania się z mężczyznami, wiadomo, nie miały za bardzo sensu. Świat nie był na to jeszcze gotowy; a kiedy wydawało się, że już jest, w Niemczech panował nazistowski totalitaryzm. W jego idei kobieta z piłką u nogi nie był najbardziej pożądanym widokiem. Na wszelki wypadek zadbano o podbudowę pseudonaukową wymyślając teorie o złym wpływie piłkarskiego wysiłku na macierzyństwo.

A jednak zdarzały się przypadki damskich figlów z futbolówką.

Trzecia Rzesza, jak przystało na wzorowe państwo socjalistyczne, szukała wszelkich możliwych sposobów aby wyciągnąć od ludzi forsę na swoje rozbudowane programy pomocy społecznej. Opodatkowano co tylko się dało (również zawody sportowe!), ale to wciąż było za mało. Dlatego wymyślano różnego rodzaju masowe imprezy z elementami rozrywki aby społeczeństwo, pod pozorami dobroczynnej zrzutki, finansowało kolejne kaprysy władzy. I urzędników.

Najbardziej popularną formą wyłudzania od ludzi pieniędzy były cykliczne akcje pomocy zimowej (Winterhilfswerk). Równolegle funkcjonowały inne wydarzenia. Ot, chociażby Opfertag des deutschen Sports – Dzień ofiary niemieckiego sportu.

Po kiepskim zaangażowaniu klubów w poprzednich latach tym razem do mobilizacji wzywał osobiście szef sportu na Śląsku, dr Hans Brüggemann. Nawet groził. Nie chodziło wyłącznie o fundusze Rzeszy ale również o jego prestiż. Prestiż całego regionu. Na wszelkie wypadek wydano różne absurdalne zarządzenia, jak to stanowiące, że zawodnik powołany na reprezentacyjne zawody mógł ich uniknąć wyłącznie na podstawie dostarczonego zwolnienia lekarskiego!

I właśnie w ramach tej imprezy zorganizowano 4 września 1938 roku wyjątkowe zawody piłkarskie. Na gigantycznym Hindenburg-Kampfbahn w Bytomiu przy okazji całodniowych wydarzeń sportowych zaproponowano spotkanie dawnych reprezentantów Śląska z władzami związkowymi. Gratka była nie lada. Wśród starych strzelb zaprezentowali się tak wybitni przed lat gracze jak Karl Ritzka, znany z bojów pod sztandarami gliwickich VfB i Vorwärts-Rasensport, bombardierzy z Beuthen 09, Gerog Pruschowski i Walter Rösinger, czy wreszcie jeden z najlepszych piłkarzy w historii regionu śląskiego, Erwin „Pallu” Palluschinski. W przeciwnej drużynie w krótkich portkach biegali ci, którzy na co dzień wydawali polecenia. Niektórych znacie już z kart książki #futbolponadwszystko, zwłaszcza Ericht Nittritz i Reinhold Urbainczyk mieli przed sobą do odegrania istotne role w czasie wojny. I wśród tych wszystkich ważniaków ona – przewodnicząca lekkiej atletyki dla grup młodzieżowych.

Marta. Właściwie to nie wiadomo czy to imię czy jednak nazwisko. Nie udało się jeszcze tego ustalić. I tak po prawdzie to w ogóle niewiele o niej wiadomo.

Mecz był jedynie pokazówką i miał przysporzyć ludziom nieco radości ale Marta podeszła do tego ambicjonalnie. Zawzięcie walczyła z uznanymi rywalami jakby chciała dowieść tego i owego. Z tej gorliwości, chyba chętnie, korzystał jej oponent vis a vis – skrzydłowy Franz Skiba. Skiba był pionierem gliwickiego futbolu po pożodze I wojny światowej. Do 1926 roku stanowił o sile pierwszej drużyny Vorwärts-Rasensport Gleiwitz. Akurat tamtego wrześniowego dania z lubością wchodził w kontakt z pełną entuzjazmu dziewuchą. Wpadał na nią, zderzał, szukał kolizji. Widzowie ubaw mieli po pachy. Gdy tylko okrąglutki weteran zbliżał się do niej ostrzegali ją doniosłym „Marta, Marta, dej pozór!”. Jak zwykle elegancki i reprezentujący najlepsze maniery Walter Rösinger musiał nieźle się nadziwić postawie kolegi.

Samo spotkanie toczone systemem 2x30 minut dostarczyło uciech co niemiara, ale jedynie w pierwszej części. Wówczas trikami popisywał się autor dwóch goli Pruschowski, „Pallu” przypomniał się tak dla siebie charakterystycznymi sztuczkami i nie mniejszą gadatliwością, Ritzka, pomimo wieku, demonstrował robinsonady niczym dwudziestolatek, a malutki Henn, który ustalił wynik spotkania, dawał popisy teatralne. Po drugiej stronie salwy śmiechu wywoływały atrakcje oferowane przez dwóch grubasów. Najciężsi na boisku Jagla oraz bramkarz Kotyrba w swej nieporadności czasami zaskakiwali. Ten drugi potrafił bronić strzały swym wielkim bandziochem. Oldboje zwyciężyli 3:0.

Za to już wpływy z tego i innych imprez zorganizowanych w „Dniu ofiarności...” były wysoce niezadowalające. Klapa. W całym okręgu Gliwice-Bytom-Zabrze uzbierano wszystkiego zaledwie 1100 marek. Na atrakcyjny mecz Preußen Hindenburg – Beuthen 09 pofatygowało się ledwie 800 osób. Ilu pojawiło się na Hindenburg-Kampfbahn nawet nie starano się ogłaszać. Gdy na murawę, jako pierwsi tego dnia, wybiegali gracze jedenastoosobwej piłki ręcznej z dwóch bytomskich klubów na trybunach nie doliczono się nawet 50 widzów. Z czasem publiczności nieco przybyło, ale wciąż była to frekwencja na tyle wstydliwa, aby o niej nie informować w szczegółach. „To bardzo, bardzo mało jak na tak znaczące wydarzenie, jak Dzień Ofiary niemieckiego sportu“, mogli jedynie wzdychać żurnaliści. Ludzie nie mieli ochoty uczestniczyć w tym cyrku.

Skoro niewiele wiadomo o Macie to i próżno szukać jej zdjęcia. W zamian drużyna oldbojów Vorwärts-Rasensport Gleiwitz z 1940 roku. Czwarty z lewej Franz Skiba. Wojny nie przeżył, zginął na froncie rosyjskim.

VR AH 1940