661-262-320

E-mail

Facebook

Przy okazji spotkania autorskiego w Rudzie Śląskiej (31.05. - Wirek, salka parafialna kościoła ewangelickiego na ul. Kubiny, godz. 17.00), wypada nie tylko zaprosić wszystkich zainteresowanych, ale także skrobnąć to i owo o futbolu w tym miejscu.

 

Może nieco dziwić, że ilustrację do tego tekstu stanowi zdjęcie zespołu TuS Lipine (pol. Lipiny). Tak, jakkolwiek brzmi to dziwnie, to właśnie w tym klubem związany jest największy sukces rudzkiej piłki w czasie II wojny światowej. Zespół z niewielkiej gminy, dziś stanowiącej dzielnicę Świętochłowic, zadziwił Wielką Rzeszę docierając aż do półfinału Pucharu Niemiec! Droga do przedsionka finałowej rozgrywki była tyleż emocjonująca, co i dziwna, w sam raz, aby poświęcić jej w książce osobny rozdział. Gracze z Lipin zaskakiwali bojowym duchem, jak również niebywałym partaczeniem rzutów karnych. Koniec końców 25 października 1942 roku wybiegli na stadion monachijskich „Lwów” na Grünwaldstraße, by w obecności 30 000 widzów zakończyć swoją piękną przygodę. Mecz z TSV 1860 był równie kuriozalny, jak wcześniejsze. Doskonały Ernest Wilimowski wpakował im aż cztery bramki, koledzy dołożyli dwie kolejne i klapa była gotowa; zdaniem prezesa Górnoślązaków, Josefa Debernitza, nie wszystko odbyło się w sportowy sposób.

W jedenastce, która zaprezentowała się w Bawarii znalazło się miejsce dla dwóch zawodników z Chebzia, obecnie jednej z dzielnic Rudy Śląskiej. W obronie zagrał Jan Ruda, jeden z braci wcześniej występujący w Reichsbahn-Sportgemeinschaft Morgenroth, przechwycony przez działaczy z Lipin tuż przed startem rozgrywek pucharowych. Wspomagał go prawoskrzydłowy Henry Bijok, również z klubu kolejowego. Obaj stanowili o sile drużyny z Lipin regularnie występując w tamtej edycji Tschammerpokal. Raz dołączył do nich Skolik, naturalnie także z klubu z Chebzia.

Klub RSG Morgenroth miał wówczas swój moment w ligowych rozgrywkach. Wprawdzie w zakończonym zaledwie co sezonie musieli ustąpić pierwszeństwa słynnemu Preußen Hindeburg (pol. Zabrze), który wcześniej spierniczył się z Gauligi w kompromitującym stylu i bliski był całkowitej rezygnacji z piłkarskich zmagań, lecz już w kolejnym roku, m.in. w składzie z Franciszkiem Rudą, bratem wspomnianego Jana, Jerzym Pająkiem oraz uznanym na Śląsku bombardierem z Orzegowa, Winfriedem Podeszwą (otarł się o mistrzostwo w barwach Germanii Königshütte), wygrali swoją grupę drugiej ligi. Baraże nie układały się najlepiej, ale to był akurat najmniejszy kłopot. Liczne powołania do armii spowodowały, że „kolejarze” nie byli w stanie w ogóle ich dokończyć... Ci, którzy uniknęli frontowych walk zasili szeregi klubu po fachu z Katowic.

Blisko awansu do Gauligi był także klub TuS Friedenshütte (pol. Nowy Bytom). To ciekawy przypadek. Ciekawy dlatego, że drużynę stworzyli zawodnicy odrzuceni przez WSV Antonienhütte (pol. Wirek). Kiedy formowała się sekcja piłkarska klubu WSV rozegrano wewnętrzną gierkę. Naprzeciw siebie stanęli zawodnicy przedwojennych polskich klubów, Wawelu oraz Polonii. „Czerwoni” (Wawel) zlali rywali 4:1. Nie chciało się przegranym robić za rezerwowych i w styczniu 1940 roku wraz z kolegami z dawnej Pogoni Nowym Bytom założyli swój własny klub, TuS właśnie. Po początkowych niepowodzeniach niespodziewanie w rozgrywkach sezonu 1941/42 wygrali klasyfikacje w swojej grupie drugiej ligi. Gauliga była na wyciągnięcie ręki, tym bardziej, że wówczas składy drużyn zwłaszcza z dawnych ziem polskiego Górnego Śląska były całkiem stabilne. W barażach czekali na nich rywale z Knurowa, Huty Baildon oraz wojskowi z Luftwaffe z Grodkowa (woj. opolskie). Można było mieć nadzieję. Promocja dotyczyła dwóch klubów. Stety lub niestety, kwestia uznaniowa, ta nadzieja została im odebrana zanim jeszcze na poważnie rozgrzali się meczami o awans. Decyzją związku sportowego do baraży dokooptowano kolejny klub sił powietrznych, tym razem z Frankfurtu nad Odrą. Tak, to nie pomyłka. Z Frankfurtu. Jednostkę przeniesiono do Tarnowskich Gór i w mig zaadaptowano do zawodów sportowych. Była to piekielnie silna drużyna radząca sobie z mistrzowskimi ekipami z Gauligi, nic dziwnego, że i baraże nie stanowiły dla niej specjalnej przeszkody. Drugie miejsce zasłużenie zdobyła jedenastka Sportfreunde Knurow i marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej dla klubu z Nowego Bytomia ulotniły się. Bezpowrotnie, bo kolejne próby kończyły się niepowodzeniami już na etapie zmagań ligowych. Najbliżej byli w ostatnim sezonie, tym z meczami rozgrywanymi jeszcze w styczniu 1945 roku. I właśnie dlatego nie zakończyły się sukcesem. Nie było na to okazji. Może i przewodzili ligowej stawce, tylko co z tego, skoro wojska radzieckie nie miały dla tego zrozumienia...

Najwięcej obiecywano sobie po aspiracjach klubu z Wirka. WSV istniał już przed wojną, jako niemiecki klub. Po zajęciu ziem śląskich miał stać się lokalną wizytówką, zagarnął łapczywie zawodników Wawelu ze znakomitym Pawłem Cygankiem (przed wojną bronił już barw Fabloku Chrzanów) oraz byłym graczem 1.FC Katowice, Herischem. Cyganek tuż przed wojną, w sierpniu 1939 roku zadebiutował w reprezentacji Polski przeciwko węgierskiej jedenastce. Cóż to był za mecz i cóż za wspaniała wiktoria polskiej drużyny! Wicemistrzowie świata ulegli 2:4 a doskonałe spotkanie rozegrał Ernest Wilimowski. Mogło się i tak zdarzyć, że Cyganek kolejny mecz reprezentacyjny rozegrałby już w barwach Rzeszy. Znalazł się w grupie wyselekcjonowanych zawodników na szkolenia u Josefa Herbergera, opiekuna Nationalmannschaftu. Narozrabiał tam jednak i został usunięty ze zgrupowania. Po tym incydencie nie był powoływany nawet do reprezentacji regionu, o niemieckiej kadrze nie było mowy tym bardziej. Zresztą, Cyganka kłopoty imały się non stop. Nawet wcześniej był już zawieszony, a kolejne rozgrywki przynosiły kolejne dyskwalifikacje. Jeśli dodać do tego powołania do Wehrmachtu – a te przychodziły szybciej niż w innych klubach, skoro sam siebie mianował tak bardzo niemieckim – wszelkie pretensje do zaszczytów okazywały się zupełnie nieuzasadnione.

W mieście, uwzględniając obecne granice Rudy Śląskiej, funkcjonowały ponadto kluby na Orzegowie, Halembie, Rudzie 1 (reaktywowany SV 1910) oraz Kochłowicach. Blisko poważnego sukces był ten z ostatniej wspomnianej dzielnicy. I tam działał klub kolejowy, a to oznaczało dość spore możliwości do wstrzymywania wezwań do niemieckiej armii. Klub powstał prawdopodobnie jeszcze w 1940 lub 1941 roku, ale sekcja piłkarska zainaugurowała działalność dopiero w maju '42. W lidze napsuli sporo krwi faworyzowanemu RSG Gleiwitz, jako jedyni zadali im porażkę ostatecznie zajmując drugą lokatę. Kto wie, może byłoby lepiej gdyby nie feralne pierwsze spotkanie w Gliwicach. To był koszmar dla nowicjusza. Kiepska pierwsza połowa i odpadanie kolejnych zawodników a to po urazach, a to po wykluczeniach spowodował, że sędzia zmuszony był przerwać spotkanie na 10 minut przed końcem, gdy zdekompletowana – ostało się ich zaledwie siedmiu! – drużyna z Kochłowic darowała sobie dalsze uganiania się za piłką. W tamtym momencie wynik brzmiał... 0:13. To był także omen do przyszłych zdarzeń. Ten jeden sezon stanowił zarazem ich ostatni. Wprawdzie zgłosili akces ale nie zdołali chociażby raz wybiec na boisko. Drużyna została wycofana, a zawodnicy – a jakże! – zasili szeregi RSG Kattowitz.

drużyna TuS Lipine, półfinalista Pucharu Niemiec