661-262-320

E-mail

Facebook

CAŁY STADION, ŚPIEWA Z NAMI...

 

kibice smallGdy trener Nationalmannschaftu Josef Herberger zajechał na Górny Śląsk, tłumy odprowadzającego go do hotelowych kazamatów intonowały futbolowe przyśpiewki. Nie było to przesadnie zdumiewające. Ślązacy mieli już wówczas opinię wyjątkowo gorliwych, również wokalnie, fanatyków sportu.

Kibicowanie to jeden z wątków pobocznych, jaki pojawia się przy pracy nad dziejami piłkarstwa. Przyjemny wątek. Zadziwiający wątek. Trybuny żyły własnym życiem, gotowały się nie mniej niż obecnie, a nieraz stawały się areną, na których odbywało się drugie, zupełnie inne widowisko, niż to rozgrywane na murawie boiska. Co to są za historie! Na przełomie lat 20. i 30. zdarzało się tak, że na meczu dochodziło do ustawek nazioli i komuchów. Piłkarze nie mieszczący się w jedenastce i odesłani na trybuny w emocjach potrafili dać komuś w pysk; zresztą nie tylko piłkarze. Wyzywano się od „Żydów” i innymi epitetami. Lżono działaczy i poturbowano dziennikarzy. Wlepiano zakazy stadionowe.

Trochę i o takim awanturnictwie znajdzie się w książce, ale przecież wpis rozpoczął się od radosnych śpiewów; to może kilka słów o jednym takim niezwykłym temacie.

Kończąc już pracę nad zgromadzeniem odpowiedniego materiału, siedząc w archiwum, mając kilka chwil po robocie wykonanej zgodnie z planem, zamówiłem kolejną teczkę. Tak, profilaktycznie. Bez większych nadziei na znalezienie w niej jakichkolwiek dokumentów związanych z futbolem.

Jak dobrze, że już pierwszy dokument włączył w głowie sygnalizację ostrzegawczą! Kto wie, czy bez tego kilkadziesiąt paginacji dalej nie przeoczyłbym ze znużenia lub niechlujstwa tej niezwykłej historii. Tak, historii, bo spisana na kilkunastu dokumentach – oficjalnych, z pieczęciami i podpisami! – w swym obyczajowym charakterze uchodzić musi za historię. Może nie pełnometrażową, ale filmową jak najbardziej.

Charakter obyczajowy – to już brzmi nieźle, ale to nie wszystko! Był również mocno polityczny, i to na tyle mocno, że zainteresował się sprawą osobiście sam Georg Joschke, ówczesny Kreisleiter Katowic, a dawniej działacz 1.FC Katowice! I wyobraźcie sobie, że tam, na tych pożółkłych kartach natrafiłem na przedwojenną pieśń kibiców Ruchu Chorzów! Wow! Co za niezwykły finał!

Naturalnie, tutaj nie podam treści tej pieśni, wybaczcie, ale chyba rozumiecie ;)

Mogę jedynie zapewnić, że jej tekst jednych zszokuje, innych uraduje, a wszystkich zaskoczy. Pragnę również zaznaczyć, że treść tłumaczona jest z języka niemieckiego, bo w takiej formie została zachowana. Mogą wkraść się niedoskonałości, lingwistyczne (najpierw ktoś musiał przełożyć ją na niemiecki, nie wiadomo na ile rzetelnie, a późniejsze tłumaczenie jej na powrót na język polski obarczone jest jakością tego pierwszego), a może i semantyczne (kto przeczyta, zrozumie dlaczego mogły zajść i takie powody).

Niemniej, jest to wspaniały językowy eksponat tych odległych czasów.

A może znacie inne przypadki (przed)wojennych pieśni klubowych?